przemyślenia..

..czasami przeraża mnie fakt, że by cokolwiek napisać czy wyrzeźbić potrzebuję emocjonalnego szaleństwa, jakiegoś totalnego doła czy rozszarpującej namiętności.. stagnacja, stagnacja to jak zdmuchnięcie świeczki – nie widzę życia które żyje dzięki płomieniowi….

Smutek wtorkowy

Dlaczego dziś tak mi ciężko
Dygocze we mnie bezsilność jakaś
Ogarnia bezwład
Czuję jak całą mnie oplata
Jak ściska ciało oddech zabiera
Zamyka oczy
Skąd taki smutek
Dawno nie był gościem
A dziś stał się mieszkańcem
Zamieszkał w krwi mojej
Jest w każdej komórce
Jak go wyprosić
Nic nie pomaga

Za oknem deszcz
Pada i pada…

mama

nic nie mów
słowa twoje krwią
we mnie płyną
zatruwają
od początku
do końca
mam sen
by się wykrwawić
mamo

sen o niebycie

Gdyby tak zamknąć oczy

zasypiając wiedzieć

że nie nadejdzie przebudzenie

gdyby tak zasypiając wiedzieć

że nie zobaczę oczu

dłoni nie dotknę

nie ucałuję i nie usłyszę

głosów najbliższych

tak leżeć zamykając oczy

zbyt słaba by pokonać senność

ogarnięta strachem

przed nieodwracalnym

 

Ptaków śpiewem

świt mnie przywitał

raz jeszcze uciec

przed niebytem

 

 

 

mar-twe

odwiedziłam nocą Twoje progi

w zastygłych grymasach

powhiskowych szklanek

sen Twój uwięziony

i spłoszone spojrzenie

zza bałwanów pościeli

odwiedziłam dom Twój

gdzie ścian wyblakłe tynki

jak wspomnień mgliste kadry

wróciłam choć nie wrócę

śpij dalej

przemijanie

nie wzbudza we mnie
napięcia drżenia dłoni
krew nie zmienia stężenia
nie płynie szaleństwem
w dali nie szukam
płonącego nieba
oczu nie mrużę

nie tęsknię

obietnica

odchodzisz
nic nie znaczący poranek
budzi się końcem świata
jeszcze echo twoich kroków
w moim półśnie
jak szelest dojrzałego zboża
czy to koniec lata?
nie wiem że wybrałeś się
w swoją ostatnią podróż
ty tego również nie wiesz
nie spakowałes walizek
twój spokój
jak codzienny rytuał
i ostatni pocałunek
krótki bo nie był jeszcze ostatnim
dlaczego tak krótki?
wrócisz wieczorem
posłucham twoich westchnień
o codzienności
zamiast słów oddechy
dotkniesz mojej dłoni
gdy chwytać będziemy
perseidy dalekie
jak życzenie do złotej rybki
masz taką gorącą dłoń
jeszcze nie wiemy
że noc już nigdy
nie zacznie się o tej samej porze

asertywność

na horyzoncie
wyblakłe cienie
serpentyn ludzkich losów
zdławiłam w sobie
pokorną ciszę

- melancholia II -

gdzieś we mnie narasta
pęcznieje
wślizguje się w zakamarki
każdej mojej myśli
parzy moje zmysły
gasi pragnienia
obezwładnia

znów wróciła
melancholia

- akwamaryny -

smutno mi boże
by tak powiedzieć doznać musiałam
rozczarowania ze swej niemocy
co moje oddechy codziennie spina
obręczą smutku

tak pusto
bo zamieniłes kilka chwil
co miały przynieść
tylko ukojenie na chęć tworzenia
sensu i dłuższą historię

mowię tylko
że w szczerym polu
wśród traw wyschniętych
pozwoliłeś odnaleźć pąki kwiatów
w ich pergaminowych płatkach
ledwo tlące się życie

bo widzisz boże
uwolnić się nie mogę
od tego widoku
że w akwamarynach jego oczu
ciągle widzę siebie